Wpisy

  • niedziela, 13 lipca 2014
  • środa, 09 lipca 2014
    • 127: Powrót na arenę

      Witajcie.

      Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w sobotę. 

      Pozdrawiamy ciepło A. & A. 

       

      Powoli otwieram oczy, budząc się leniwie. Dziś mamy wolne - to dzień, w którym nie musimy biegać, rozmawiać z obcymi ludźmi. Dzień, który możemy spokojnie spędzić razem... Razem… W tym momencie żołądek zwija mi się w kulkę – dociera do mnie z całą mocą przyczyna naszego wolnego – to żaden urlop, żaden odpoczynek. Natychmiast skacze mi adrenalina, wyzwalając chęć ucieczki, czuję przeraźliwy strach i pragnienie, które ciężko będzie zaspokoić. Powtarzam sobie szeptem, że nic nam się nie stanie, nic nam nie grozi, jesteśmy bezpieczni... Ale sama w to do końca nie wierzę - przecież wracamy na arenę. A dla nas to nigdy nie było bezpieczne miejsce, nawet po zwycięstwie...

      Podnoszę się lekko na łokciach, chcę sprawdzić czy Peeta już się obudził i widzę, że rzeczywiście on też już nie śpi. Napięcie mięśni twarzy zdradza, że czuje to, co ja, choć wzrok ma wbity w sufit - prawdopodobnie po to, bym nie widziała jego przerażenia. Jak zawsze, próbuje mnie chronić, choćby minimalizując przekazywanie negatywnych emocji. Dzisiejszy dzień odwlekaliśmy tak długo, jak było to możliwe - od ślubu Johanny i Paula minął już prawie miesiąc... Jednak oboje wiemy,  że musimy to w końcu załatwić - zwłoka tylko pogłębia problem. Protesty przybrały na sile, ludzie się buntują, wymachują transparentami z chorymi dla nas hasłami:
      - Nie niszczcie świątyni miłości!
      - Zostawcie jaskinię w spokoju!
      - Zbudujmy im tutaj dom!
      Kapitolińczycy są święcie przekonani, że dla nas to miejsce jest cudowną „świątynią miłości”, naszym pomnikiem. Nie wiedzą, że czujemy coś całkowicie przeciwnego - lęk i obrzydzenie. Co prawda gdyby się zastanowili, to wyciągnęli jakieś wnioski choćby z tego, że nigdy tam nie jeździmy, nie wspominamy, a każdą próbę rozmowy na ten temat w wywiadach ucinamy natychmiast. Ale czego można wymagać od zaślepionych mieszkańców Kapitolu - oni nie patrzyli na umierające dzieci własne, bądź sąsiadów, tylko na "bohaterów"... Głupcy...

      Przytulam się do Peety, dokładnie tak jak wtedy na arenie, w jaskini. Obejmuje mnie ramieniem i całuje w czoło:
      - Damy radę? - pyta cicho.
      - Chyba nie mamy wyjścia, tylko my możemy ich przekonać, że nie cierpimy tego miejsca i na pewno nie marzymy o tym, by tam zamieszkać.
      - Jak oni mogli w ogóle o tym pomyśleć? - patrzy na mnie z niedowierzaniem. Wczoraj wieczorem, kiedy oglądaliśmy skrót wiadomości, to właśnie hasło o arenie jako naszym przyszłym domu dało nam jasno do zrozumienia, że dłużej nie możemy odkładać tej wizyty. Haymitch chciał jechać z nami, nawet Johanna i Paul wyrazili chęć wsparcia nas w tym zadaniu, ale doskonale wiemy, że to nasza sprawa i to my ją musimy załatwić. Obecność innych osób tylko to utrudni.

      Pomysł Beetee'ego, który popieramy z całego serca, a który protesty wstrzymują, jest bardzo dobry - arena zostanie zburzona, jak wszystkie pozostałe, ale na miejscu tej konkretnej powstanie pomnik upamiętniający wszystkich poległych trybutów, którzy oddali swoje życie przez 75 lat trwania Głodowych Igrzysk. 

      Powoli wstajemy z łóżka, ubieramy się. Nawet nie myślimy o śniadaniu - boję się, że jeśli cokolwiek bym zjadła, bardzo szybko mogłabym zwrócić posiłek już na sam widok Rogu Obfitości. Z opisu miejsca i migawek telewizyjnych wiem, że nadal są tam plamy krwi Cato. I Peety...

      Całkowite pustkowie, daleko za granicami Kapitolu. Arena ma kształt kwadratu wytyczonego barierkami – gdyby nie one, pewnie obóz obrońców tego reliktu okrucieństwa byłby w środku, a nie na zewnątrz. Ludzie wiwatują na nasz widok… Dobrze, że Peeta mocno trzyma mnie za rękę, nie wiem czy inaczej dałabym radę stawić temu wszystkiemu czoła. Główna organizatorka protestów - kobieta w średnim wieku, z bardzo krótko ostrzyżonymi po bokach włosami i fikuśnym zielonym kucykiem na środku głowy, ściska nasze dłonie.
      - Witam państwa bardzo, bardzo serdecznie. Tak się cieszę, że dołączają państwo do naszego protestu…
      - My do niczego nie dołączamy - przerywa jej stanowczo Peeta. Jego twardy głos sprawia, że kobieta momentalnie cofa się o krok. Nie tego spodziewała się po naszym przyjeździe.
      - O czym pan mówi, panie Mellark? – patrzy szeroko otwartymi oczami, jakby wciąż wierzyła, że jego reakcja to jakieś nieporozumienie.
      - Mówię - Peeta nie zmienia tonu - że chcemy, by arena została wyburzona. Popieramy obecne plany Kapitolu - stworzenie tutaj pomnika pamięci poległych. I nie życzymy sobie żadnych protestów.
      - Ale… - nasza rozmówczyni na moment się zapowietrza. - Przecież to świątynia państwa miłości…
      - To cmentarz - przerywam jej, z trudem powstrzymując odruch zwrotny. - Zginęło tutaj 22 osoby, oddając swoje życie dla rozrywki Kapitolu i politycznych rozgrywek. A łącznie, na takich arenach jak ta – setki. Oddajmy im należyty szacunek. To nie lunapark! – nie umiem powstrzymać podnoszącego się głosu. Peeta ściska mocniej moją dłoń, próbując mnie uspokoić. Twarz Kapitolinki przybiera jakiś dziwny wyraz – sama nie wiem, czy to nadzieja, czy raczej jakiś pomysł, który się właśnie urodził w jej głowie.
      - Zapraszam państwa na wycieczkę. Jeśli to, co wam pokażę, nie zrobi na was wrażenia… możecie zrównać to miejsce z ziemią – pierwsze zdania wypowiada z żarliwością, kolejne już lekko płaczliwym głosem, jakbyśmy rozbijali jej marzenia. Spoglądam na Peetę, on na mnie, a zielonowłosa kobieta odwraca się i pewnie przemierza drogę w kierunku wejścia na arenę. 
      - Nie - szepczę i czuję jak strach mnie całkowicie paraliżuje. Nie dam rady się ruszyć, nogi mam jak z ołowiu, nie słuchają mnie. Stopy wrosły w ziemię, nie dam rady ich podnieść, ani nawet przesunąć, choćby o milimetr. Zapadam się głębiej, choć wiem, że to niemożliwe…
      - Będę przy tobie – Peeta jest lekko zielonkawy na twarzy, bardzo mocno ściska moją rękę, powoli czuję, że odcina mi dopływ krwi do palców, ale z tym też nie mogę nic zrobić. – Będę cały czas, nie spuszczę cię z oczu nawet na sekundę.
      - Nie - mówię coraz ciszej. Mam silne przeczucie, że nie powinniśmy tam wchodzić. Już raz weszłam na arenę z własnej woli, kolejny raz nie dam rady.
      - Wyjdziemy na tchórzy - Peeta zdążył się zebrać w sobie. Nie zaciska już tak mocno dłoni, ale robi krok do przodu, pociągając mnie delikatnie za sobą. Z olbrzymim trudem robię krok za nim. I kolejny. I następny. Aż przekraczamy wrota areny.

      Delikatny wiatr owiewa moją twarz, a pierwszy rzut oka na miejsce, w którym się znajduję, znów wywołuje u mnie panikę. Staję w miejscu, wymuszając zatrzymanie Peety. Patrzy na mnie z lekko uniesionymi brwiami:
      - Tutaj się poparzyłam - odpowiadam mu szeptem, a on przyciąga mnie lekko bliżej, tak, że czuję jego ciepło.

      Nasza przewodniczka czuje się tutaj jak ryba w wodzie - prowadzi nas po dobrze znanych jej ścieżkach. Niestety – my znamy je równie dobrze, mijane miejsca przypominają mi twarze i sylwetki poległych trybutów. Nasze splecione dłonie są całkowicie mokre od potu, twarze mamy blade, a mięśnie spętane strachem, który siedzi w nas tak głęboko, że chyba nigdy się go nie pozbędziemy.

      Do jaskini zostało zrobione specjalne tylne wejście, umożliwiające zwiedzającym dostanie się do środka bez potrzeby pełzania. Na ziemi nadal widać ślady naszej krwi, jest tu znacznie zimniej niż to zapamiętałam. Mimo ogromnego lęku, staram się zachowywać normalnie. Spoglądam w ciepłe oczy mojego narzeczonego i zastanawiam się przez krótki moment, czy jemu też przypominają się nasze pierwsze pocałunki, pierwszy dotyk. 
      - Pokazała nam pani już chyba wszystko, czy teraz możemy wrócić do wyburzania? - Peeta spogląda chłodno na organizatorkę protestu.
      - Ale… Nic nie czujecie? Nie macie wspomnień, ciepłych uczuć związanych z tym miejscem? - jest wyraźnie zaskoczona, a w jej głosie słyszę traconą nadzieję.
      - Czujemy - odpowiada Peeta spokojnie - obrzydzenie, że ktoś ma ochotę zwiedzać miejsce, w którym tyle wycierpieliśmy.
      - Przecież to świątynia waszej miłości – powtarza jak zacięta płyta i tupie nogą na znak protestu.
      - Nie dla nas - odpowiadam jej groźnie, chcąc uciąć temat i uciec stąd jak najszybciej.
      - Spokojnie kochanie - zwraca się do mnie Peeta i po chwili znów przenosi wzrok na naszą towarzyszkę – mówi pani, że to nasza świątynia, tak?
      - Tak - odpowiada mu uszczęśliwiona. W tunelu naszych odmów zobaczyła światełko…
      - W takim razie możemy tu zrobić co tylko chcemy? – nie do końca wiem do czego mój narzeczony zmierza, ale ufam mu całkowicie.
      - Tak, tak! Możecie tu zamieszkać, wybudować dom, albo czasem bywać i pozwolić ludziom zwiedzać ten teren, Możecie organizować spotkania, albo wiece. Co tylko zechcecie – patrzy tak rozpromienionymi oczami, że na krótki moment robi mi się jej żal. Oddała swój czas i serce sprawie, która jest okropna i której nie chcemy. Niezależnie od jej wyraźnej samolubnej miłości do nas.
      - Chcemy to zburzyć i postawić tu pomnik poległym. Na tym skończmy już i chodźmy stąd, bo przemarzliśmy oboje - mówi stanowczo i wychodzi z jaskini na zewnątrz, prowadząc mnie za sobą. 

      Z opisu Beetee'ego wiemy, że drugie wyjście z areny jest przy Rogu Obfitości, tam też stoją zablokowane maszyny burzące - nogi same nas tam niosą. Koryto rzeki znów jest pełne czystej wody, kątem oka widzę nawet pływające w nim ryby. Przekraczamy linię lasu, jesteśmy na otwartej przestrzeni, tuż przy rogu. I wtedy słyszę ciche brzęczenie. Rozglądam się szybko wokół siebie i widzę, że na policzku Peety siada osa. Wszystko dzieje się jak na zwolnionym filmie – nie zdążam nic powiedzieć, ani zareagować, gdy on – czując łaskotanie i słysząc wibracje pochodzące ze skrzydeł owada, odruchowo podnosi rękę i odtrąca go. Uderzona osa wraca natychmiast i wściekła w sekundzie kąsa go w lewą skroń. Źrenice Peety kurczą się do wielkości łebków od szpilek, on sam zasysa głośno powietrze, zaciska dłoń na mojej w żelaznym uścisku i pada na ziemię. Nieprzytomny.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (26) Pokaż komentarze do wpisu „127: Powrót na arenę ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      annabelka2000
      Czas publikacji:
      środa, 09 lipca 2014 22:25
    • Teaser Kosogłosa nr 2

      Już jest. I chyba tyle wystarczy - resztę zobaczcie sami.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Teaser Kosogłosa nr 2”
      Tagi:
      Autor(ka):
      anna.watza
      Czas publikacji:
      środa, 09 lipca 2014 18:02
  • wtorek, 08 lipca 2014
    • 126: Ślub

      Witajcie.

      Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w czwartek. 

      Pozdrawiamy ciepło A. & A.  

      Idziemy powoli, majestatycznie. Sala jest długa, po obu stronach zastawiona wygodnymi krzesłami z wysokimi oparciami, pośrodku zostawiono przejście. Tu też królują białe kwiaty, połączone ze świeżą zielenią wiosennych liści. Na szczęście nie ma ich tak dużo jak na korytarzu, dzięki czemu można oddychać bez przeszkód. Spoglądam na zebranych tu ludzi i po raz kolejny czuję ukłucie żalu. Tak niewielu nas zostało, zaledwie garstka tych, których nazywamy przyjaciółmi i rodziną. Gdyby nie wojna byłoby ich tu o wiele więcej - choćby Prim, Finnick... Z drugiej strony - czy gdyby rewolucji nie było, to kiedykolwiek zaprzyjaźniłabym się z „szaloną” Johanną i "pawiem" z Czwartego Dystryktu? Czy byłabym gościem na tym ślubie? Może Peeta, którego lubili od początku - tak, ale ja chyba nie. To tamte wydarzenia pozwoliły nam się poznać, zbliżyć do siebie, zrozumieć jak wiele nas łączy pod maskami, do których nakładania zmuszał nas Kapitol...

      W rozmyślaniach i wspomnieniach dochodzimy do końca sali, gdzie na podwyższeniu stoi jakiś mężczyzna. Rozpoznaję go od razu, choć tym razem jest ubrany znacznie bardziej elegancko. Czarny garnitur, wyprasowana biała koszula z modnym kolnierzykiem, czerwony krawat - to wszystko nadaje mu szyku i powagi, ale niewiele zmienił się przez te miesiące.
      - Dalton - mówię półgłosem.
      - Katniss - odpowiada równie cicho, pochylając lekko głowę. Nim odwracam się do Peety, czuję na sobie jego zdziwione spojrzenie, ale nie mam czasu na wyjaśnienia, dlatego używam małego wybiegu, który jako pierwszy przychodzi mi do głowy, licząc, że mój narzeczony się domyśli:
      - Będziesz Mistrzem Ceremonii na wszystkich ślubach Zwycięzców?
      - Z największą przyjemnością - odpowiada spokojnie, równocześnie dłonią dając nam znak, byśmy zajęli swoje miejsca. Peeta, opuszcza ramię, przytrzymuje przez moment moją rękę, całuje dłoń i dopiero wtedy pozwala mi na zrobienie tych kilku kroków. Staję poniżej podestu, po prawej stronie, Peeta jest po lewej. Muzyka się zmienia i na dźwięk kolejnych taktów, zgodnie z planem, obracamy się powoli. Paul, ubrany w grafitowy garnitur, idzie pewnym krokiem w naszą stronę. Jest skupiony, ale uśmiechnięty, zdenerwowanie dosięga tylko jego oczu. Godziny spędzone na ćwiczeniach z Peetą i wieloma innymi osobami, przygotowania jakie podjął, przyniosły efekt. Podchodzi do podestu, tuż przed nim zwalnia, by wymienić jeszcze jakieś zdanie z Peetą, tak cicho, że nawet ja tego nie słyszę. Wreszcie robi mały krok i staje twarzą w twarz z Daltonem, mając Peetę za sobą.

      Czekamy na kolejną zmianę muzyki i znów zwracamy się w stronę wejścia do sali. Jest - Johanna idzie podtrzymywana pod rękę przez moją matkę. Wygląda zdumiewająco, posągowa piękność... Po dziesiątkach przymiarek (i ona narzekała na Effie), w końcu wybrała suknię, którą zapamiętałam od samego początku. Wąski fason zaczyna się dekoltem w formie serca, mocno podkreślającym biust. Na górę nałożona jest delikatna koronka, w której wzorze ukryte są liście drzew z Siódemki - prezent od Effie, która ustaliła wymianę z salonem sukien jako niespodziankę dla Johanny (choć ostateczna decyzja należała oczywiście do dzisiejszej Panny Młodej). Misterny wzór spływa przez pas na boki bioder dodatkowo uwydatniając figurę kobiety. Talię podkreśla plisowany pas, zebrany biżuteryjną klamrą. To ukłon w stronę tradycyjnego stroju ślubnego z dystryktu Johanny, gdzie sztywne plisy nawiązują do faktury drewna. Suknia rozszerza się dopiero na wysokości kolan, umożliwiając Johannie poruszanie się, a na samym dole rozchodzi się w przepiękny półokrągły tren, obszyty tą samą co góra stroju, koronką. Już samo to wystarczyłoby, aby suknia zapierała dech, ale dla większego efektu została uszyta ze specjalnie tkanego materiału nazwanego rockiem - jak wytłumaczyła nam sprzedawczyni, splot w poziomie i w pionie nici o różnym kolorze sprawia, że w zależności od światła i ułożenia, suknia ma różną barwę - od kremu, przez złoto aż do bardzo jasnej, niemal niezauważalnej miedzi. Każdy krok, każdy ruch sprawia, że suknia wygląda inaczej, jakby była uszyta z dodatkiem magii, albo technologii Beetee'ego...


      Uśmiecham się do niej najserdeczniej jak potrafię, kiedy oddaje mi bukiet. Niemal odruchowo wącham malutki, biało-zielony bukiecik. Uwielbiam zapach frezji - kwiatów, które rosną jakby rodzinnie, na wspólnej gałązce, rozwijając się powoli... Tym razem są przybrane gałązkami klonu tworząc prosty, cudny duet, który uzupełnia kreację, nie walcząc o pierwszeństwo, nie dominując nad strojem, ani panną młodą.

      Johanna zatrzymuje się obok mnie, czekając na słowa Daltona:
      - Witam wszystkich zebranych na tej podniosłej uroczystości - Mistrz Ceremonii zaczyna powoli pewnym i mocnym głosem. - Zebraliśmy się tu dziś, aby na zawsze połączyć losy tych dwojga - Johanny i Paula. Ale nim do tego dojdzie, tradycji musi stać się zadość. Pytam więc - kto oddaje rękę tej kobiety temu mężczyźnie?
      - W zastępstwie jej rodziców - zaczyna moja mama drżącym ze zdenerwowania głosem - ja oddaję ją jemu i jego rodzinie.
      - Kto - ponownie odzywa się Dalton - przyjmuje ją do swojej rodziny i obiecuje traktować jak jej członka, od teraz po wsze czasy?
      - Ja - matka Paula tylko tyle jest w stanie z siebie wydusić. Łzy szczęścia i wzruszenia obficie płyną po jej twarzy, a moja mama symbolicznie „oddaje” Johannę Paulowi, wkładając jej rękę w jego dłonie.
      - Moja matka i ja - kontynuuje Rose również wzruszonym i poddenerwowanym głosem - przysięgamy na honor własnej rodziny, że będziemy ją kochać i wspierać do końca naszych dni, jako naszą córkę i siostrę, którą dzięki temu małżeństwu się stanie.
      Spoglądam zaskoczona na Peetę, nie jest to standardowy punkt ślubnej uroczystości. Krótka odpowiedź przyszłej teściowej wystarczyłaby w zupełności - matki zawsze w takim momencie się wzruszają, więc nikt nie oczekiwał niczego więcej. Wzrok Peety wędruje na krótki moment w stronę Asta, który w rogu sali, uśmiechając się delikatnie, odhacza jakiś punkt na podkładce, którą trzyma w ręce. Oczywiście, to on pomyślał o wszystkim. 
      - Paulu Mellark - Dalton bez mrugnięcia okiem kontynuuje uroczystość - czy w świetle słów wypowiedzianych przez twoją rodzinę, bierzesz za żonę obecną tu Johannę i przyrzekasz jej miłość i wierność, dopóki śmierć was nie rozłączy?
      - Przyrzekam ją kochać, szanować i trwać przy niej w zdrowiu i chorobie aż po kres moich dni - odpowiada Paul, a w jego oczach widzę szklące się łzy.
      - Johanno Mason, czy przyjmujesz miłość obecnego tutaj Paula i przyrzekasz mu miłość i wierność, dopóki śmierć was nie rozłączy?
      - Przyrzekam kochać go, wspierać i trwać przy nim w zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu, aż po kres moich dni - odpowiada moja przyjaciółka.
      - Mocą nadaną mi przez Panem z największą radością ogłaszam was mężem i żoną. Na znak przypieczętowania słów, które dziś wypowiedzieliście, wymieńcie się obrączkami - znów słyszymy spokojny głos Daltona, a w tym samym czasie Josh, ubrany w jasny garnitur, będący niemal kopią stroju Haymitcha, wchodzi na podest niosąc małą tacę, na której leżą dwa złote symboliczne krążki, z prostym grawerem z datą i inicjałami wewnątrz. Jest niesamowicie przejęty, a gdy mnie mija, słyszę jak cicho sobie powtarza:
      - Najpierw wujek Paul, najpierw wujek Paul...

      Paul wsuwa obrączkę na serdeczny palec prawej dłoni żony i delikatnie całuje jej rękę. Johanna robi to samo, ale na koniec całuje usta Paula. Wszyscy wstają, biją brawo, a Dalton mocnym głosem stara się przekrzyczeć burzę oklasków:
      - Panie i Panowie - oto państwo Johanna i Paul Mellarkowie!
      Brawa się nasilają, Johanna i Paul patrzą chwilę na zebranych, a później wpadają w nasze ramiona. Johanna ściska mnie mocno.
      - Gratuluję kochana - mówię cicho, tuląc ją do siebie.
      - Dziękuję - mówi coraz bardziej łamiącym się głosem.
      - Hej, co jest - Johanna Mason płacze? - pytam ją rozbawiona, choć wzruszenie ściska i moje gardło.
      - Mellark - odchyla się ode mnie - Johanna Mellark, półmózgu - ripostuje i odchodzi ode mnie z udawanym naburmuszeniem ale równocześnie puszcza do mnie oko. Kiedy składam gratulacje Paulowi, on patrzy na mnie chwilę, a potem zamyka mnie w uścisku i cicho mówi:
      - Teraz wasza kolej, nie dajcie waszym matkom długo czekać.
      - To nie tylko ode mnie zależy - odpowiadam z uśmiechem. - A dziś jest wasz dzień - jeszcze raz serdecznie gratuluję i życzę wam spokoju. I tej miłości, której dziś macie pod dostatkiem i takiego samego uśmiechu na twarzach...
      - Dziękuję Katniss - patrzy mi uważnie w oczy - dziękuję za wszystko...

      W piątkę przechodzimy do sali obok. Pośrodku stoi stół z przygotowanym do podpisu aktem małżeństwa, a tuż za nim - wycelowana prosto w nas kamera. Przez otwarte okno balkonu słychać zamieszanie na placu - oczywiście Kapitol zebrał się, by powitać nowe małżeństwo. Najpierw Johanna z Paulem (po dopowiedzeniu Daltona, że po raz ostatni Johanna ma się podpisać panieńskim nazwiskiem) podpisują akt małżeństwa, a po nich to samo robimy my, jako świadkowie. Na koniec swój podpis składa Dalton, poświadczając tym samym, że dokument i zawarte małżeństwo są ważne.

      Za oknem wiwaty są coraz głośniejsze, ludzie domagają się wyjścia na balkon pary prezydenckiej. Raz jeszcze my składamy im gratulacje, tym razem słowami dokładnie przygotowanymi przez Asta i Peetę, a potem wychodzimy na zalany słońcem taras. Ludzi jest mnóstwo, krzyczą imiona młodej pary, mężczyźni rzucają w górę nakrycia głowy, a kobiety - kwiaty. Mimo wrzawy jeden mocny głos jakoś przedziera się i dociera do nas.
      - Panie Prezydencie - to Connor zwraca się do Paula rozbawiony. Domyślamy się, że przyszykowali coś ponad ustalenia dokonane z Astem. - Panie Prezydencie, mamy coś dla Pana.
      Wszyscy momentalnie spoglądamy w dół - na placu przed pałacem stoi Connor i kilku członków jego drużyny. W jednej ręce trzymają małe drzewko, to chyba sosna z korzeniami owiniętymi jakąś płachtą. Jeden z nich trzyma na sznurku coś jeszcze - małą bielutką owieczkę.  Johanna i Paul wybuchają gromkim śmiechem i szybko wychodzą z balkonu, chcąc udać się na plac. Spoglądam na Peetę, a on ściska moją dłoń i gdy chodzimy ze schodów, tłumaczy mi, że w Siódemce w dniu ślubu para młoda sadzi wspólnie młode drzewko, które symbolizuje później ich rodzinę, zaś w Dziesiątce rodzina i przyjaciele kupują młodym coś na rozpoczęcie hodowli - na ogół jest to jakieś źrebię, cielaczek lub owca. 
      - Owca? - Paul pyta Connora, tuż po tym, jak przyjmuje od niego gratulacje.
      - Tak, bo ty i twoja żona jesteście łagodni jak baranki - puszcza do nich oko, kiedy wszyscy wybuchamy śmiechem. 

      Johanna i Paul sadzą drzewo tuż przy murze Pałacu Prezydenckiego. Owieczka została zaprowadzona do jakiejś specjalnie na tę okoliczność przygotowanej przez Asta zagrody. Na szczęście poznał zwyczaje obu dystryktów i domyślił się, że prezent będzie zawierał nie tylko drzewko.

      Peeta mocno mnie obejmuje, całuje w tył głowy. Stojąc za mną, zaplótł ręce na mojej talii, przez co możemy dokładnie podziwiać poczynania pary młodej.
      - Ładnie ci w zielonym - mówi cicho.
      - To butelkowa zieleń - odpowiadam mu z uśmiechem.
      - Wiem, ale... - zawiesza głos.
      - Ale...?
      - Wolałbym cię w bieli.
      - To może pora coś z tym zrobić?
      - Może pora - zawiesza głos, bierze głęboki oddech. - Czerwiec to piękny miesiąc, nie sądzisz?
      Obracam się szybko w jego stronę, uważnie mu się przyglądam. On patrzy na mnie wyczekująco.
      - O czym rozmawiacie? - przerywa nam ojciec Peety, który wraz z resztą gości zszedł na dół, by wziąć udział w obrzędach z dystryktów.
      - O czerwcu - odpowiada spokojnie Peeta.
      - O czerwcu? - moja mama patrzy na niego zaskoczona.
      - Tak - Peeta delikatnie się uśmiecha - co powiecie na czerwiec? - spogląda na nich uważnie, nadal trzymając mnie w objęciach.
      - Ładny miesiąc - odpowiada jego ojciec - taki słoneczny.

      Peeta delikatnie mnie odchyla i całuje w usta. A mnie ogarnia niesamowite poczucie radości.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „126: Ślub”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      annabelka2000
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 lipca 2014 05:53
  • niedziela, 06 lipca 2014
    • 125: Oświadczyny

      Witajcie. 

      Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejny rozdział we wtorek (w ramach prezentów urodzinowo- imieninowych :) ). 

      Pozdrawiamy ciepło A. & A. 

      Patrzę z zadowoleniem w lustro, w którym odbijamy się obie z mamą. Bardzo rzadko mamy okazję spędzić razem czas, więc gdy zaproponowała, że upnie mi włosy, ucieszyłam się. Choć mam tu na zawołanie fryzjerów i stylistów, najczęściej robię to sama. Dziś też miałam taki zamiar, ale układanie włosów przez mamę kojarzy mi się z dzieciństwem. I zachwytem Cinny, który nie miał wątpliwości, że fryzura przygotowana właśnie przez nią była idealna. Teraz jest tak samo - na początku nie byłam do końca przekonana, czy kwiat będzie do mnie pasował – to taka dziewczęca ozdoba. Teraz, gdy widzę efekt, wiem, że mama znów miała rację – śmietankowo biała lilia idealnie współgra z kolorem moich włosów, dodając elegancji odpowiedniej do dzisiejszej uroczystości.

      Mimo tego, że przez cały poranek mama jest pozornie w bardzo dobrym nastroju, przede mną i tak nie ukryje prawdy. Widzę, że pod maską pogody i dobrego humoru kryje się zdenerwowanie. Widziałam je już w poduszkowcu w czasie lotu do Kapitolu – wówczas podejrzewałam, że to może smutek ze względu na rozstanie z Shenem, na zostawienie pacjentów w szpitalu, z którymi wydaje się zżyta, którzy wypełniają jej większość czasu. Jednak widzę, że kolejny dzień nic nie zmienił – podejrzewam, że coś się stało i to chyba coś złego, skoro mama stara się to przede mną (nieudolnie) ukryć. Peeta, zgodnie z tradycją, poszedł przygotować się z Paulem, więc postanawiam wykorzystać sytuację. 
      - Mamo?
      - Tak kochanie? - spogląda na mnie z wyraźna dumą. Długa suknia, którą mam na sobie, idealnie podkreśla moją figurę. Delikatne rozkloszowanie tuż poniżej linii bioder dodaje mi kobiecości, a dekolt karo ładnie podkreśla mój biust. Mimo, że suknia jest na szerokich ramiączkach, żakiet w identycznym kolorze sprawi, że nie będzie mi zimno. 
      - Co się dzieje? - spoglądam na nią uważnie, biorąc ją za ręce.
      - Nic - mama głośno przełyka ślinę. Ona także wygląda bardzo elegancko. Kostium w delikatnym odcieniu mięty, który wczoraj kupiłyśmy w Kapitolu, sprawia, że moja mama wygląda dużo młodziej niż pokazuje to jej metryka. Po śmierci taty i Prim przygarbiła się, na jej twarzy pojawiło się mnóstwo nowych zmarszczek, włosy straciły dawny blask. Zresztą, ślad czasu i przeżyć widać nie tylko u niej, ale także u pani Mellark… Dlatego wczoraj cały dzień spędziłyśmy w polecanym przez Effie salonie piękności. Nasze matki zrobiły sobie nowe fryzury, a kosmetyczki zajęły się ich twarzami i paznokciami. Dziś będą pod bacznym okiem fotoreporterów, nie chciałam, by jakieś gryzipiórki dokuczały im złośliwymi komentarzami. 
      - Trochę się denerwuję - odpowiada mi po chwili.
      - Rozumiem - pociągam ją lekko w stronę sofy, na której obie możemy usiąść wygodnie.
      - Trema jest oczywista, w końcu pierwszy raz prowadzisz kogoś do ołtarza… Ale nie o to chodzi, prawda?
      Mama długo milczy, po czym odpowiada:
      - To przez Shena.
      - Coś nie tak? - moje przypuszczenia jednak się potwierdzają.
      - Nie, właśnie bardzo tak. I… I on... on...
      - Co on? – serce mi wali tak, że prawie nie słyszę nic innego. Jeśli zranił mamę, to znów może zamknąć się w sobie, znów się załamie. Nie…
      - Poprosił mnie o rękę - wyrzuca z siebie w końcu.
      W pierwszej chwili się cieszę - moja mama znalazła kogoś, kto zapewni jej szczęście. Ale niemal w tym samym momencie czuję się, jakbym dostała cios w brzuch. Silny, odbierający oddech i spokój… Przed oczami widzę tatę – to przecież on był mężczyzną jej życia. To z nim miała się zestarzeć, to z nim miała patrzeć jak dorastamy. To on miał mnie prowadzić do ołtarza… Los chciał inaczej, ale tak trudno mi sobie wyobrazić ją w ramionach innego mężczyzny, zasypiającej w łóżku z innym. Moją matkę noszącą inne nazwisko. Zaczynam się pocić, spoglądam na nią z ukosa. Widzę, że wie jaka walka we mnie się toczy – mogłam oszukać telewidzów jadąc na dożynki, mogłam ich oszukać na arenie, ale mama mnie zna znacznie lepiej niż oni wszyscy razem wzięci. Widzę to w jej nerwowej reakcji – w napięciu mięśni wokół ust, drżących dłoniach złożonych razem, usztywnionych, by zmniejszyć niekontrolowany ruch.
      - I co mu odpowiedziałaś? - pytam po chwili nienaturalnym głosem wychodzącym ze ściśniętego gardła. Mam wrażenie jakby to mówił ktoś inny, jakbym słyszała to zza ściany z waty.
      - Nic - odpowiada i zaczyna płakać.

      Peeta, czemu cię tu nie ma, gdy jesteś potrzebny… W tej chwili jego obecność tutaj byłaby nieoceniona - jego spokój i opanowanie. Wiedziałby co powiedzieć, co zrobić. Byłby w stanie pomóc mi pokonać lęk i opór, jaki wywołały słowa mamy. Czuję, że oddycham bardzo szybko, a mimo to mam wrażenie, że się duszę, że nie jestem w stanie napełnić płuc powietrzem. Próbuję, ale nie jestem w stanie ustabilizować oddechu. Chyba nic nie jestem w stanie zrobić - ciągle mam przed oczami obraz taty całującego mamę na powitanie, gdy wracaliśmy z leśnych wypraw. Jego ciepły uśmiech na jej widok, jego miłość, jaką widziałam na każdym kroku. Wszystko we mnie krzyczy: nie rób tego, nie zgadzaj się! Zostań wierną tacie do końca… Zostań do końca życia wdową. 
      Ostatnia myśl trochę mnie trzeźwi - czy to fair? Ja mam Peetę, mamy wspólną przyszłość, mieszkamy obecnie z dala od Dwunastki. Mama jest sama, właściwie w jej pobliżu nie ma już nikogo, kogo kocha. Tata i Prim odeszli, ja jestem daleko. Często nawet nie mam czasu, by z nią porozmawiać, nie mówiąc o byciu z nią. Po całym dniu spędzonym w pracy nierzadko nawet nie sprawdzam poczty głosowej – zdarzało się, że wiadomość od mamy odsłuchiwałam po 3-4 dniach. A jeszcze częściej to Peeta informował mnie, że mama nas pozdrawia, że pyta co słychać… Czasem to on nocami z nią rozmawia... Gdy uświadamiam sobie to wszystko, słowa przychodzą same:
      - Kochasz go? – nagle mój głos jest cichy i opanowany, jakby struny głosowe uspokoiły się jako pierwsze, szybciej niż serce i mózg.
      - Tak - mówi cicho mama, zaraz dodając - ale to inna miłość niż ta, którą czułam do twojego taty. Shen daje mi poczucie bezpieczeństwa, ciepła. Dba o mnie, pomaga mi. Jest… - spogląda na mnie, a w jej oczach widzę strach, pomieszany z nadzieją. W ustach czuję gorycz - moja matka boi się mnie… Boi się mojej reakcji na to, że jakiś inny mężczyzna może być dla niej ważny. Jest dorosła, niezależna, a mimo to swoją decyzję uzależnia od mojej reakcji. Nie mam prawa stawać na jej drodze, nie w taki sposób. 
      - Może powinnaś się zgodzić? - obraz ojca rozmywa się. Pozostaje tylko ona - moja matka, która świetnie zdaje sobie sprawę z moich początkowych odczuć. Studiuje bardzo dokładnie moją twarz, chcąc się upewnić, czy moje słowa są szczere, czy mają potwierdzenie w mojej minie, reakcji mojego ciała. A ja już rozumiem - nic nie zastąpi jej mojego ojca, dawno utraconej miłości. Ale moja mama tak wiele przeszła, tak wiele wycierpiała, a teraz ma szanse na normalne życie, u boku mężczyzny, który ją kocha. Może tak właśnie miało być. Ani tata, ani Prim nigdy nie chcieliby, abyśmy były nieszczęśliwe, żebyśmy całe życie poświęciły na żałobę po nich. Shen to dobry człowiek, tak samo skrzywdzony przez życie jak moja mama – może dzięki temu jest w stanie zrozumieć ją znacznie lepiej niż ktokolwiek inny.
      - Tak - odpowiadam już pewnie, uśmiechając się delikatnie. Wiem, że to dobra decyzja. - A teraz chodźmy już, pora na nas. Bez nas nie zaczną – przytulam ją mocno.

      Cały pałac został specjalnie udekorowany na dzisiejszy dzień. Idziemy powoli przez hol, tonący w tysiącu białych kwiatów. Ich zapach jest niemal duszący, ale zdjęcia będą przepiękne. Mama, która po naszej rozmowie, zrobiła się na chwilę pogodniejsza, znów wydaje się być spięta swoją rolą.
      Cała uroczystość odbywa się za zamkniętymi drzwiami. Dopiero podpisanie aktu małżeństwa zostanie upublicznione, tak samo jak obrzędy ślubne z dystryktu. Zdecydowaliśmy, że Kapitol powinien się dowiedzieć jak to się odbywa, jak fantastycznie obywatele Panem potrafią celebrować takie chwile. Początkowo mieszkańcy Kapitolu byli niezadowoleni brakiem relacji na żywo z całej ceremonii zaślubin, ale Peeta, jak zawsze, potrafił im to wyjaśnić. Powołał się na intymność chwili, na delikatność uczuć, na to wszystko, co sprawia, że młoda para chce w tym momencie być tylko z rodziną i przyjaciółmi. Równocześnie dziennikarzom obiecał trzy zdjęcia – z wymiany obrączek i pierwszego pocałunku oraz skrót z przysięgi Młodych. Wszyscy przyjęli to do wiadomości, choć wątpię, by w pełni zaakceptowali… 

      Podchodzę do stojącego przy wejściu do głównej sali Peety, on spogląda na mnie uważnie. Wygląda świetnie, garnitur idealnie leży, koszula współgra z kolorem mojej sukni. Wystarczył mu rzut oka na mnie i mamę, by dowiedział się, że coś się wydarzyło.
      - Powiesz mi o co chodzi? - pyta szeptem, gdy zza drzwi słychać już pierwsze takty muzyki.
      - Nie teraz - odpowiadam z uśmiechem. Nie mamy już na to czasu.
      - Pięknie wyglądasz - mówi zmieniając łatwo temat, a ja jestem mu wdzięczna, że nie dopytuje o szczegóły.

      - Musimy zaczynać – przerywa nam głos Asta - pora się przygotować.

      Stajemy na wyznaczonych pozycjach, drzwi się otwierają, a wszyscy goście wstają. Uroczystość czas zacząć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „125: Oświadczyny ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      annabelka2000
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 lipca 2014 12:49
  • sobota, 05 lipca 2014
  • czwartek, 03 lipca 2014
    • 124: Sześcioraczki

      Witamy :)

      Sześcioraczki dedykujemy Kasi (nick wariatka59) i Adzie (nick adusia13248) - za inspiracje do poniższej notki :) Dziękujemy :)

      Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejną notkę dodamy w niedzielę.

      Pozdrawiamy A. & A.

      Winda powoli sunie do góry, otaczając mnie cichym szumem niemal jak kołdrą. Zmęczenie dopada mnie coraz mocniej, powieki stają się ciężkie, same zamykają się. Gdyby było tu jakieś krzesło, prawdopodobnie już bym spała – tylko pozycja stojąca powstrzymuje mnie od odpłynięcia. Opieram głowę na piersi Peety, a on delikatnie gładzi moje włosy. Przytulona słyszę jego serce, czuję oddech i ciepło. I stłumione ziewnięcie. Podnoszę na niego wzrok - oczy ma tak przekrwione, że stały się niemal całkiem czerwone - białka pokryte czerwoną siatką nieprzyjemnie odcinają się od błękitu tęczówek; oczodoły otaczają fioletowo-szare sińce. To był ciężki i aktywny dzień. Poprzedzony dwiema dobami niemal bez snu…
      - Zmęczony? - pytam cicho, kiedy winda hamuje, zatrzymując się na naszym piętrze.
      - Wykończony – nawet gdyby tego nie powiedział, aż nadto wyraźnie słychać to w jego głosie. 
      - Szybki prysznic i do łóżka? - marzę tylko o tym, by to potwierdził. Marzę o odpoczynku i śnie, ale chcę zasnąć z nim, a nie sama.

      Całą noc nadrabialiśmy zaległości. W naszym domu, w Wiosce Zwycięzców, wśród lubianych sprzętów, wśród znanych dźwięków i spokojnych kolorów, w miejscu gdzie nie byłam wciąż wystawiona na widok, poczułam się znowu sobą. Znów najważniejsi byliśmy my, a nie Panem, Kapitol, dystrykty – ciągła bieganina i obowiązki, w której zatracamy siebie, która nas wyniszcza. Czar prysł nad ranem, kiedy nasze umysły zaczęły znów podsuwać nam listę spraw, jakie nas czekają, gdy tylko słońce wstanie.

      Beetee przysłał po nas największy poduszkowiec – już wcześniej ustalaliśmy, że cała rodzina Peety i moja mama przylecą do Kapitolu – różnica polega tylko na tym, że lecą z nami, a nie sami. Na pokładzie znaleźli się także Haymitch z Joshem. Tylko Effie nie zdecydowała się na wyjazd, ale jej decyzja nie była dla nikogo zaskoczeniem - Elizabeth jest jeszcze malutka, ma zaledwie dwa miesiące. Haymitch pewnie też zostałby w domu, ale Josh żył wyprawą już od kilku tygodni, więc nie chciał zawieść syna. Natomiast Shen został w Dwunastce – ma się opiekować Effie. Z jednej strony cieszy mnie jego decyzja – Haymitch będzie spokojniejszy wiedząc, że przy jego żonie i córce jest ktoś zaufany, ale z drugiej… Miałam wrażenie, że ta decyzja przyszła mu bardzo łatwo, jakby nie chciał brać udziału w tym zamieszaniu. Mam nadzieję, że chodzi o Kapitol, którego nie lubi, a nie o jakieś problemy między nim, a mamą…

      Tuż po wylądowaniu, przewozimy wszystkich szybko i sprawnie do ośrodka szkoleniowego, który pełni rolę hotelu. Cała rodzina zmieściła się bez problemu na dwunastym piętrze. Na szczęście, po remoncie, wystrój w środku nie przypomina tego, w którym spędzaliśmy czas przed Igrzyskami, więc nie wyzwala w nas traumatycznych odczuć. Resztę wątpliwości rozwiała mina mojej mamy, gdy zobaczyła widok z okna. Mnie już nie zapiera tchu, ale komuś, kto widzi po raz pierwszy panoramę Kapitolu – niewątpliwie tak.

      Godzinę później, gdy już wszyscy się rozpakowali, zarządziliśmy wielkie zwiedzanie Kapitolu. To był fantastyczny, choć wyczerpujący dzień. Chodziliśmy po odbudowanych uliczkach, zaglądaliśmy do sklepów i kawiarenek rozpieszczając naszych bliskich. Staraliśmy się ukryć przed nimi ceny, ale dwukrotnie widziałam spojrzenie mam, gdy nie byliśmy wystarczająco szybcy. Choć obie wiedzą, że mamy niemałe oszczędności pozostałe z wynagrodzeń Zwycięzców, a nasze obecne kapitolińskie wypłaty pozwalają nam na bezproblemowe korzystanie z tego typu drogich rozrywek, to nadal mają w pamięci biedę i konieczność zaciskania pasa, jakie towarzyszyły im całe życie. I trudno się im pogodzić z bajońskimi cenami w stolicy.

      Na początku nasza mała, dziesięcioosobowa wycieczka wzbudzała spore zainteresowanie. Ludzie oglądali się za nami zarówno dlatego, że rzadko widywali trzech Zwycięzców razem, jak i szukając śmiechu i rozbawienia, jakie towarzyszyło cały czas Joshowi i Peeterowi.  Mały Abernathy (Haymitchowi bardzo zależało, by jego syn jak najszybciej oficjalnie nosił jego nazwisko i choć testy potwierdzające ojcostwo były tylko formalnością, musiały zostać przeprowadzone ze względów prawnych – z tego względu on, jako jedyny, nie objął urzędu natychmiast, ale tydzień później) okazał się niezawodny w wyszukiwaniu kolejnych miejsc do zabawy. Mimo, że od wielu miesięcy nie mieszka już w Kapitolu, nadal doskonale zna jego topografię – szczególnie w zakresie miejsc stworzonych dla dzieci. Wreszcie chłopcy uparli się, żeby pójść do jakiegoś "wesołego kącika", ciągnąc nas wszystkich. „Kącik” okazał się być olbrzymią salą zabaw – z kulkami, dziesiątkami rur, lin i ścianek wspinaczkowych. Przez moment przeszło mi przez myśl, że mogą nie zgodzić się na wejście Peetera, który wyglądem jest dorosłym mężczyzną, ale na szczęście nie było z tym problemu. Zresztą szybko okazało się, że nie był tam jedynym dużym uczestnikiem zabaw.

      Kiedy chłopcy szaleli w swoim raju, my powoli sączyliśmy kawę w miejscu dla rodziców. Ludzie pokazywali nas palcami, słychać było szepty Czy to Katniss i Peeta? Czy to doradcy Pary Prezydenckiej? Peeta, wyczuwając moje zdenerwowanie, delikatnie gładził moją rękę. Zawsze próbuję się wyłączyć, nie słyszeć i nie widzieć ogólnego zainteresowania i ciekawości, ale chyba nigdy nie zaakceptuję tego, że każde nasze wyjście z domu, nawet prywatne, na kilkanaście minut, nie pozostaje niezauważone. 
      - Czy wam to nie przeszkadza? – Patrick, skubiąc serwetkę, spogląda na nas z ukosa.
      - Pytasz - Peeta na moment zawiesza głos - o to? – wskazuje głową jedną z kobiet siedzących za nami, która teatralnym szeptem tłumaczy koleżance, że to na pewno my, przy okazji komentując zachwyconym tonem mój ubiór.
      - Mhm – potakuje cicho Patrick, krzywiąc się przy tym.
      - Wiesz - odpowiadam mu - mnie bardzo. Nigdy się do tego nie przyzwyczaję. Ale twój młodszy brat to uwielbia - odpowiadam kąśliwie.
      - Tak - Peeta śmieje się krótko - uwielbiam to. Jak mam zły dzień, to biegam nago po Kapitolu i czekam aż mnie rozpoznają.
      Pani Mellark krztusi się herbatą
      - To dlatego jesteś tak popularny? - zagaduję go z uśmiechem.
      - Tak kochanie, odkryłaś mój  sekret - delikatnie całuje moją dłoń.
      - A tak poważnie Patricku - momentalnie zmienia mu się ton – prywatność odebrano nam w momencie, kiedy nasze nazwiska zostały wylosowane w czasie Dożynek. Od tamtej pory staliśmy się rozpoznawalni. A później ten osobnik - wskazuje dłonią na Haymitcha - dołożył wszelkich starań, by nikt nie zapomniał kim jesteśmy. Cóż, dzięki temu przeżyliśmy, ale to nie zmienia faktu, że w Kapitolu nieodmiennie jesteśmy traktowani jak małpki w zoo. W dystryktach jest trochę lepiej, ale tylko trochę. Dlatego tak tęsknimy za Dwunastką, za miejscem, w którym znają nad od tak dawna, że nie emocjonują się tym… - ma rację, dla nas Dwunastka to nie tylko rodzinny dystrykt, to miejsce w którym możemy być sobą. Owszem, tam też nie unikamy rozpoznania, uśmiechów, pozdrowień, ale tamci ludzie nigdy nie są nachalni. Znają nas od dziecka, patrzyli jak rośniemy, zmieniamy się, patrzyli na nas w czasie Igrzysk i Tournee. Nie jesteśmy dla nich celebrytami z okładek pism, tylko dzieciakami z sąsiedztwa, które znalazły się w złym miejscu w złym czasie i musiały stawić czoło sytuacji, by przeżyć.

      W tym samym momencie, moje rozmyślania przerywa dziwne zamieszanie. Spoglądam za wzrokiem Peety, który wstaje z krzesła i widzę sunącą w naszą stronę Johannę. Obok niej idzie spokojnym krokiem Hoult – gdyby nie spojrzenie, którym wciąż wędruje wokół, spokojnie można byłoby ich wziąć za zatopionych w rozmowie przyjaciół.
      - Dzień dobry – Pierwsza Dama uśmiecha się ciepło na nasz widok, a kobieta przy stoliku za nami mdleje artystycznie. 
      - I jak znajdujecie Kapitol? - pyta z dziwnym akcentem, który natychmiast przywodzi mi na myśl Caesara.
      - Takie to wszystko - zaczyna powoli ojciec Peety – wyniosłe.
      Po jego słowach wszyscy wybuchają śmiechem, ale równocześnie mam poczucie, że on ma rację. Tu nic nie jest normalne – wszystko jest egzaltowane, wyniosłe, niezwykłe...
      - Ciocia? - mała rączka Josha ciągnie za bladoróżowy żakiet Johanny zarzucony na jasną sukienkę.
      - O, cześć przystojniaku - odpowiada mu z promiennym uśmiechem.
      - Czemu jesteś w sukience? - Joshua marszczy brwi i ze zmarszczonym nosem uważnie się jej przygląda, czekając na odpowiedź.
      - Bo muszę - odpowiada Johanna z nieukrywanym żalem i skrzywieniem, jakby ten fakt niemal ją bolał.  - Zapraszam wszystkich na kolację do Pałacu – zmienia po krótkiej chwili temat. - A z wami - wskazuje palcem na nas - mam do pogadania.
      - Idziemy na dywanik? - Peeta mówi to tak poważnie, że przechodzi mi przez myśl, że to może nie być żart.
      - Coś w tym stylu – odpowiada, jednak jej uśmiech przeczy słowom. Po chwili jednak pogodny wyraz twarzy znika, jak zdmuchnięty. – Mamy… mały problem z rozbiórką jednej z atrakcji turystycznych. Musicie tam pojechać jak najszybciej. Najlepiej zaraz po ślubie. 
      - To chore – wchodzę jej w zdanie – przecież wszystko miało być już dawno załatwione.          
      - Wiem – twardo kwituje Johanna - ale niektóre osoby traktują to jak pałac waszej miłości. I chyba tylko wy możecie coś z tym zrobić.
      - Zrobimy – obiecuje poważnie Peeta - choćbym sam miał ją rozebrać.
      Jego rodzice i moja matka wymieniają tylko spojrzenia. Nikt z nich o nic nie pyta, przyzwyczaili się do tego, że niestety często tak rozmawiamy, mając swoje sprawy, które ich nie dotyczą, lub w które nie chcemy ich wtajemniczać.
       
      Resztę popołudnia i wieczór spędzamy w Pałacu Prezydenckim. W międzyczasie przyjechała także Annie i wraz z moją mamą pojechały do hotelu, podczas gdy Haymitch i Josh zostali w Pałacu. My odwieźliśmy rodziców i braci Peety do ośrodka, a później wróciliśmy do domu.
       
      Wysiadamy z windy trzymając się za ręce. Przykładam palec do czytnika, wbijam kod i wchodząc do mieszkania marzę tylko o bardzo szybkim prysznicu i śnie. Nie dochodzę jeszcze do łazienki, gdy już dzwoni telefon. Spoglądamy na siebie zrezygnowani - nie mam ochoty z nikim rozmawiać, chcę spać. A dzwonek telefonu z reguły oznacza jakieś problemy, którymi trzeba się zająć… Peeta głośno wzdycha, ale podnosi słuchawkę. Na moment marszczy brwi, woła mnie, po czym uruchamia głośnik w telefonie. 
      - Cześć - głos Gale'a mnie zaskakuje. Peeta siada na krześle, wzrusza ramionami i mówi:
      - Słuchamy Pana, Panie Burmistrzu.
      - Panie Doradco, dzwonię prywatnie - odpowiada mu równie oficjalnym tonem Gale. Tak jest odkąd został mianowany na burmistrza Ósemki i chyba żadnemu z nich nie zależy na zmianie.
      - Co jest? - pytam go, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie. Gale sporo nam pomógł, choć nadal, gdzieś z tyłu głowy, kołaczą mi się wspomnienia, jak bardzo nam kiedyś zaszkodził. 
      - Kupiłem rodzeństwu psa - zaczyna Gale, a Peeta przerywa mu głośno się śmiejąc.
      - Wiesz stary, to fantastycznie, ale jest pierwsza w nocy, a my prawie nie sypiamy. Możemy porozmawiać o twoim nowym zwierzątku kiedy indziej?
      - Bardzo śmieszne - odpowiada mu kąśliwie Gale, choć chyba jednocześnie słyszę w jego głosie uśmiech. Po otrzymaniu nominacji, Gale szybko ściągnął do Ósemki swoją matkę i rodzeństwo. Nie było to dla mnie dziwne - ma teraz duży dom, pieniądze, może wreszcie zapewnić rodzinie utrzymanie. A pies… Cóż, to najlepszy dowód na to, że dobrze mu się wiedzie. Żadne z nas nie pozwoliłoby sobie na posiadanie w domu zwierzęcia, które byłoby tylko kolejną gębą do wyżywienia. Ale to było kiedyś, dawno temu. Jak mamy zwyczaj mawiać „wcześniej”, tym jednym słowem wyrażając wszystko, co działo się z nami przed rewolucją. 
      - Dobra - kontynuuje Gale - chciałem wam tylko powiedzieć, że znalazłem Enobarię, ale skoro was to nie interesuje… - na moment przerywa, jakby czekał na naszą reakcję.
      - A nie można było tak od razu? - ripostuje Peeta.
      - Właśnie nie, bo Śnieżek, nasz pies, odegrał w tym dużą rolę. 
      - Dobra, opowiadaj - mówię zainteresowana. Jakim cudem nasze wielomiesięczne poszukiwania spełzły na niczym, a jakiemuś psu udało się to tak szybko? Śnieżek… Dziwne imię…
      - Śnieżek od jakiegoś czasu był nieswój. Chodziliśmy z nim do weterynarza, ale nic nie skutkowało. Marniał w oczach, a Posy chlipała po kątach. Parę dni temu jeden z moich pracowników powiedział mi, że kilka kilometrów stąd jest jakaś znachorka zwierząt. Uprzedził jednak, że ogólnie kobieta jest dziwna. Mówią na nią Koza, a mieszka w domu, który na pierwszy rzut oka wygląda jak beczka. Niemniej – jest skuteczna. Ponoć nie tylko leczy zwierzęta, ale też umie się z nimi porozumieć. Wygadałem się o tym i Posy zaczęła bez przerwy za mną chodzić i prosić, błagać, bym ratował psiaka. W końcu zabrałem Śnieżka i pojechaliśmy tam. Dom okazał się być wielką drewnianą stodołą, z malusimi oknami, rzeczywiście do złudzenia przypominał beczkę. Pukam, pukam, wreszcie otworzyła mi jakaś kobieta - cała w kozich skórach, z rozczochranymi włosami i błędnym wzrokiem. Miałem nawet wrażenie, że wzdrygnęła się na mój widok. Na początku nie chciała ze mną gadać, próbowała zamknąć drzwi, ale trochę ją postraszyłem i dało radę. Bardzo dokładnie obejrzała Śnieżka, dała jakiś ziołowy napar. Porozumiewała się ze mną na migi, nic nie mówiła. Ale słyszałem, że do Śnieżka coś szeptała, niemniej tam było ciemno, wilgotno i ponuro – ani nie słuchałem, ani się jej nie przyglądałem. Zapłaciłem, wyszedłem, a ona poszła za mną. Nawet pomachała mi na do widzenia. Ale coś nie dawało mi spokoju – miałem wrażenie, że gdzieś już widziałem te oczy. Dziwny był też ten początkowy strach, który potem przerodził się w  jakąś pewność siebie. Wróciłem do domu, a  Śnieżek faktycznie szybko wyzdrowiał. Ale ta myśl, że już ją spotkałem wciąż we mnie siedziała, więc postanowiłem się o niej czegoś dowiedzieć. Okazało się, że nikt nie wiedział skąd się przyjechała, jak ma na imię. Po prostu pewnego dnia się pojawiła, mówiąc, że nazywa się Koza. Wszyscy potwierdzali tylko, że ma rękę do zwierząt, aż wreszcie usłyszałem coś, co rozjaśniło mi w głowie.
      - Co? - Peeta pyta cicho.
      - Ona ma wilcze zęby - odpowiada Gale. A ja przed oczami widzę szpiczaste, ostro zakończone zęby wilka…
      - Enobaria - wypowiadamy z Peetą jednocześnie. 
      - Trzeba ją tutaj sprowadzić – dodaje spokojnie Peeta, ale Gale mu przerywa.
      - Zapomnij o tym, pojechałem tam od razu. Powiedziała coś w stylu, że długo mi zajęło skojarzenie kim jest, ale pomyliłem się. Enobarii już nie ma – jest Koza, której jest dobrze tu, gdzie jest, bez zbędnego poklasku i bez wytykania palcami. Mam wam przekazać, że jeśli będzie kiedyś gotowa, to wróci, ale na razie liże rany i opiekuje się maleństwami.
      - Maleństwami? – zastanawiam się, czy umysł nie płata mi figla.
      - Tak - odpowiada zupełnie poważnie. - Enobaria ma... dzieci, dokładnie sześcioro. Sześcioraczki - milknie w oczekiwaniu na naszą reakcję.
      - Ale… Ale jak, z kim, kiedy? Poza tym z tego co mówisz, to nie jest normalny dom. Dzieci muszą mieszkać w lepszych warunkach - Peeta ma gonitwę myśli, którą słychać w jego głosie.
      - Nic im nie jest, nic im nie brakuje - przerywa mu Gale. Momentalnie rozpoznaję ten ton.
      - Gale? – czekam aż wreszcie wyjaśni o co chodzi.
      - Te wilczki są śliczne - mówi i parska śmiechem. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „124: Sześcioraczki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      anna.watza
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 lipca 2014 08:32
  • sobota, 28 czerwca 2014
  • czwartek, 26 czerwca 2014
    • 123: Co się zdarzyło w Dwunastce

      Witajcie.

      Na wstępie przypominam o jutrzejszym spotkaniu- zaczynamy o 17:30 w Krakowie, Rynek Główny 11- Malaga :) Wszystkich chętnych serdecznie zapraszamy !!! 

      A teraz zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w sobotę wieczorem. Pozdrawiamy ciepło. 

      A. & A. 

      Jednym z plusów pracy dla Prezydenta jest niemal nieograniczony dostęp do poduszkowca, z którego – o ile jest na miejscu – możemy skorzystać o każdej porze dnia i nocy. Wyszliśmy z mieszkania w dużym pośpiechu, więc dopiero kiedy już spokojnie siedzimy, zapięci pasami, spoglądam uważnie na Peetę. Nie muszę nic mówić, sam zaczyna.
      - Dzwoniła ze szpitala twoja mama. Powiedziała, że Ivon urodziła i… I że powinniśmy przyjechać. 
      - Peeta - spoglądam na niego unosząc brwi. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że moja mama uznała, że nasza obecność jest konieczna tylko ze względu na narodziny potomka Ivon. Szczególnie jej. Na dodatek jego odpowiedź, jaką słyszałam w trakcie rozmowy telefonicznej, nijak nie pasuje do prostego stwierdzenia, jakim mnie teraz obdarza. Czuję, że coś przede mną ukrywa. 
      - Co naprawdę powiedziała moja mama?
      - Katniss, to co usłyszałem, było dziwne… Nieprawdopodobne nawet - wypuszcza powoli powietrze. - Sami przekonamy się, czy dobrze usłyszałem, czy może coś źle zinterpretowałem.
      Strasznie mnie to irytuje - wie coś, ale mnie nie chce powiedzieć. Na dodatek strzępki rozmowy, jego mina… W tym momencie od mojego zgryźliwego komentarza ratuje go jeden z członków załogi, informując nas, że Beetee chce z nami rozmawiać. Przez kolejne kilka minut tłumaczymy dlaczego wzięliśmy najszybszy poduszkowiec. Na koniec Peeta wspomina niemal mimochodem, że zależy nam, by informacja o naszej nieobecności została możliwie tajną. 
      - Za pięć dni ślub, a wy znikacie? - pyta nas lekko rozbawiony. - Odważni jesteście. 
      - Rose uciekła - odpowiada mu śmiertelnie poważnie Peeta.
      - Rozumiem - Beetee natychmiast poważnieje. Niestety, to nie pierwszy numer Rose - w takim razie znajdźcie ją szybko, a ja w razie potrzeby powiem, że pojechaliście do Dwunastki po rodziny, zgoda?
      - Jesteś wielki - odpowiadam za nas, bo pomysł Beetee’ego w swojej prostocie jest niemal genialny. Praktycznie wszystkie przygotowania do ślubu są już zakończone, co boleśnie odczuwam w stopach i niemal każdym skrawku ciała. Spoglądam na Peetę, ale on unika mojego wzroku, patrzy przez okno, jakby zamyślony, ale po pracujących mięśniach wokół szczęki widzę, że jest poważnie wytrącony z równowagi. Widzę jednak, że nie powie mi o co chodzi, więc postanawiam lot wykorzystać na krótką drzemkę zamiast przekomarzać się z nim.
      Gdy lądujemy na polach w pobliżu szpitala w Dwunastce, mama już na nas czeka. Widzę, że drżą jej lekko ręce, czego nie widziałam już od długiego czasu. Jest roztrzęsiona, ale głos ma pewny i od razu, nie bawiąc się nawet w słowa powitania, komenderuje nami. 
      - Może wam uda się z niej coś wyciągnąć. Nie wiem co zrobiła, nie mam pojęcia co sobie myślała, ani na co liczyła. W każdym razie Ast się załamał. Najpierw nie chciał uwierzyć własnym oczom - mówi szybko, równocześnie prowadząc nas w stronę budynku -  potem dopytywał się, czy to jest możliwe…
      - Ale o co chodzi? - wyrzucam z siebie, wykorzystując moment, gdy mama nabiera powietrza, bo obawiam się, że za chwilę znów zacznie się kolejna tyrada nawiązująca do czegoś, co wiedzieć powinnam, ale czego mój narzeczony mi nie przekazał. Mama zatrzymuje się na chwilę, spoglądając na Peetę.
      - A co jej miałem powiedzieć? Sam nie wiedziałem czy dobrze zrozumiałem. Po co miałem coś pokręcić – tłumaczy się pod bacznym wzrokiem mamy.
      - Peeta - w głosie mamy słyszę lekką dezaprobatę – chodź, pokażę ci niedowiarku. Myślisz, że sama nie byłam zaskoczona? Ale na pewno nie przekazałabym ci takiej informacji, gdybym nie była całkowicie pewna - przyznaje już trochę łagodniej.
      Chłopczyk jest śliczny - ma niebieskie oczy, tłuściutkie nóżki, kępkę czarnych jak sadza włosków na małej główce. Leży spokojnie, zawinięty szczelnie w niebieski kocyk. Uśmiecham się na jego widok, a on odpowiada mi poważnym spojrzeniem małego dziecka. W końcu spoglądam na mamę, w oczach     mam pytanie o powód pokazania nam tego chłopczyka. Przed momentem bardzo się śpieszyliśmy, a teraz nagle mamy czas. Czyżby w jakiś pokrętny sposób chciała nam dać do zrozumienia, że marzą się jej wnuki?
      - Jest śliczny mamo, ale chyba nie mamy na to czasu. Skoro już tu jesteśmy, to może zobaczymy dziecko Asta i Ivon?
      - Katniss - mama lekko marszczy brwi - to właśnie jest dziecko Ivon.
      Z wrażenia wspieram się na ramieniu Peety. On też patrzy na malucha z niedowierzaniem, nawet nie wyciągnął ręki w jego stronę, choć widziałam to wcześniej bardzo często. Zaczynam głośno, niekontrolowanie chichotać – jak zwykle w sytuacjach stresowych… Mama patrzy z pewnym niedowierzaniem, Peeta ze zrozumieniem. W końcu biorę tego chłopca za jego małą rączkę – leżąc w mojej białej dłoni wydaje się być jeszcze bardziej czekoladowa. W tym samym momencie przychodzi opamiętanie - dochodzi do mnie tragedia Asta. Związał się z Ivon, bo była z nim w ciąży. Później spotkał Rose, ale jego wcześniejsze działania rozdzieliły ich. Oboje ciężko przeżyli rozstanie i naszą decyzję o jej przeprowadzce do Kapitolu. Nagle teraz wszystko widać w innych barwach. Ciemnych jak skóra tego chłopczyka…
      - Zostań tutaj – Peeta ma w głosie twarde nuty, choć widzę, że jest mu ciężko - idę z nią porozmawiać.
      Nie czekając na moją reakcję szybko wychodzi z sali dla noworodków. Przez chwilę stoję na środku, zastanawiając się co powinnam zrobić. Iść za nim? A może nie powinnam się tam pojawiać – nie przepadamy za sobą, więc jej reakcja może być różna. Spoglądam na mamę, ona tylko bezradnie wzrusza ramionami, odkładając malucha do łóżeczka. Wychodzimy razem na jasno oświetlony korytarz i wtedy dochodzi do nas podniesiony głos Peety:
      - Mów prawdę Ivon! - czuję na plecach dłoń mamy, która lekko mnie popycha, dając mi znak, bym interweniowała. Sama mam ochotę zrobić jej krzywdę za to, że tak perfidnie nas oszukała, ale jest środek nocy, a to jest szpital. Krzyki nie są tu mile widziane.

      Kiedy przekraczam próg sali, w której leży Ivon, widzę, że kurczy się pod szpitalną kołdrą, jakby chciała zniknąć, albo choć pozostać niezauważoną. Choć na to już dawno za późno. Spogląda na mnie przerażona, przekonana, że ja też zacznę zaraz krzyczeć.
      - To Eddie, prawda? - wymieniam imię przystojnego czarnoskórego chłopca z Dwunastki. Ivon nie odpowiada, naciąga tylko kołdrę na twarz i coś pod nią mamrocze. Peeta szybkim ruchem ściąga jej ją z głowy.
      - Mama mnie zabije – po jej twarzy płyną łzy.
      - Od kiedy wiedziałaś, że to nie dziecko Asta? - Peeta cedzi przez zaciśnięte zęby.
      - Nie wiedziałam. Myślałam… Miałam nadzieję… - Ivon zanosi się płaczem.
      - Miałaś nadzieję? Wiesz co zrobiłaś?! Masz świadomość, że…  
      - On mnie nigdy nie kochał – przerywa mu Ivon.
      - O kim mówisz? Pogubiłem się już w twoich kochankach – masz na myśli Asta, Eddy’ego, czy może jeszcze kogoś innego? – zakrywam dłoń Peety swoją. Ta dziewczyna jest głupia, ale robienie tu sceny nie ma sensu.
      - Chodź, poszukamy Asta, nim zrobi coś nieodwracalnego.
      - Peeta – Ivon najwyraźniej nie zrozumiała szansy, jaką chciałam jej dać, próbując wyciągnąć Peetę z sali. Domyślam się co chce powiedzieć…
      - Nie Ivon - Peeta unosi ręce w obronnym geście. - Nie. Masz… niesamowity talent - mówi kręcąc głową - do niszczenia ludziom życia. Niesamowity. A ja nie mam ochoty po raz kolejny słuchać twoich kłamstw. 
      Po tych słowach mocno łapie mnie za rękę i wyciąga na korytarz. Kiedy opuszczamy szpital rześkie, majowe powietrze pomaga nam się uspokoić. Peeta chodzi w kółko po placu przed szpitalem, raz po raz zatapiając dłonie we włosy. 
      - Nie mam pomysłu gdzie mógł pójść - wyparowuje nagle niespodziewanie. Mam ochotę odpowiedzieć, że na razie nigdzie nie sprawdził, ale nie chcę go dobijać.
      - A gdzie chodziliście, jak było wam źle? – skoro ja miałam takie miejsce, w którym się uspokajałam, którego pozwalało mi zebrać myśli, albo po prostu odciąć się od ludzi, to oni pewnie też. Peeta unosi do góry kącik ust i widzę błysk w jego oczach. Dałam mu nadzieję, że go odnajdzie nim będzie za późno.
       
      Szkolny plac zabaw uległ całkowitej metamorfozie. Stare i odrapane sprzęty ustąpiły miejsca nowym, kolorowym i wygodnym. Domyślam się, że teraz to fantastyczne miejsce dla dzieciaków. Kiedy staję na czymś, co brałam za pomalowanym beton, okazuje się, że podłoże jest całkiem inne. Miękkie, sprężyste – pewno skutecznie łagodzi wszelkie upadki. Peeta też je zauważył – chodzi po nim śmiesznie, jakby sprawdzał sprężystość. Kucam, dotykam tej gumowatego podłoża i uśmiecham się promiennie. Haymitch świetnie się spisał - spędzanie tutaj przerw może być prawdziwą przyjemnością.

      Peeta zatrzymał się i patrzy w dal. Podążam za jego wzrokiem i widzę Asta, który powoli, rytmicznie buja się na jednej z huśtawek. Podchodzimy powoli, gumowe podłoże maskuje dźwięk naszych kroków. Bez słowa zajmujemy miejsca koło niego, biorąc go w środek. Zauważa nas dopiero po dłuższej chwili. 
      - Co tutaj robicie? – myślałam, że już się nie odezwie. Ma cichy i słaby głos – to, co się stało w ciągu ostatnich kilku godzin, na pewno było dla niego bardzo trudne.
      - Przyszliśmy się pohuśtać – odpowiada spokojnie Peeta.
      Ast gwałtownie odwraca głowę w jego stronę, skutkiem czego nie widzę jego twarzy. Tymczasem Peeta spokojnie i pewnie patrzy w oczy przyjaciela.
      - Nie żartuj sobie ze mnie - głos Asta pobrzmiewa urazą, złością i rozpaczą.
      - Nie zamierzam.
      - Zapytam jeszcze raz - co tutaj robicie?
      - Jesteśmy – inna odpowiedź, znacznie bardziej na miejscu niż poprzednia, wywołuje zupełnie inną reakcję. 
      - Co ja mam teraz zrobić? – głos Asta się łamie.
      - Nie mnie ci doradzać, moje rady ostatnimi czasy nie były zbyt trafne. Ale jeśli chcesz, mogę powiedzieć, co ja zrobiłbym na twoim miejscu. 
      - Chyba nie chcę - cedzi Ast. Ale po chwili zmienia zdanie – no dobra, mów.
      - Gdybym był na twoim miejscu, przestałbym się nad sobą użalać. Spakowałbym się i poleciał jutro do Kapitolu. 
      - Do Kapitolu - prycha Ast. - Niby po co mam lecieć do Kapitolu?
      - Wiesz, w Kapitolu brakuje nam dobrych pracowników, a ty zawsze miałeś umiejętności organizatorskie. Niedawno z Pałacu Prezydenckiego odszedł główny zarządca, a ja muszę znaleźć kogoś na jego miejsce. 
      Propozycja Peety jest dość nieoczekiwana, ale rzeczywiście to Ast, jako przewodniczący klasy, odpowiadał za różne akcje i zbiórki przeprowadzane w szkole. Nie mam pojęcia jak to robił, ale wszystko, co przechodziło przez jego ręce, zawsze było świetnie zorganizowane i zaplanowane. 
      - To propozycja, panie Mellark? – chciałabym słyszeć cień uśmiechu w jego głosie, ale nie mam przekonania, czy sobie tego nie wymyśliłam.
      - Tak. Pytanie tylko czy ją przyjmiesz.
      - Przyjąłbym, tu nic mnie nie trzyma. Ale jak będę w Kapitolu, w Pałacu Prezydenckim, mógłbym przypadkowo spotkać Rose. Co wtedy?
      - Może wtedy moja kuzynka znów zacznie się uśmiechać… 

      Rose znajdujemy u Amandy i Patricka. To właśnie Amanda, pomagająca przy porodzie Ivon, powiadomiła o czarnoskórym synku kuzynkę swojego męża. Rose natychmiast wsiadła w pociąg do Dwunastki, ale nie znalazła Asta ani w szpitalu, ani w jego domu. Teraz rzucili się sobie w objęcia, mając nadzieję, że los pozwoli im znów na odwzajemnioną miłość. Choć to dopiero początek, a Rose ma charakter, który nie jest łatwy i pewnie jeszcze nieraz wystawi oboje na próbę.

      Poranek i popołudnie spędzamy z rodzicami Peety, którzy dawno nie mieli możliwość spędzenia z nim kilku godzin, bo nawet jak był w Dwunastce, to wpadał do nich dosłownie na kilkanaście minut. Z kolei kolację jemy z moją mamą, która od razu proponuje nam nocleg, ale my wolimy spędzić tę noc w naszym domu. Prawdziwym domu. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „123: Co się zdarzyło w Dwunastce ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      annabelka2000
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 czerwca 2014 16:17
  • wtorek, 24 czerwca 2014
    • 122. Zmiany, zmiany...

      Witajcie. 

      Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejną notkę dodamy prawdopodobnie w czwartek późnym popołudniem lub wieczorem.

      Pozdrawiamy A. & A.

      

      Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tego ustrojstwa - marudzę pod nosem, przykładając kciuk do czytnika i wbijając ciąg pięciu cyfr. Zawsze serce przyspiesza mi w tym momencie – czy to na pewno właściwe cyfry? A jeśli mi się pomyliły? Albo za słabo przyłożyłam palec, jak zdarzało mi się na początku? I co zrobię jeśli ten mechanizm się zepsuje i nie dam rady wejść do środka? Zostanę przed drzwiami…
      Oczywiście, jak zwykle, po kilku sekundach drzwi cicho się rozsuwają, dając mi dostęp do mieszkania. Gdy tylko przekraczam próg, zrzucam z nóg buty na wysokim obcasie, powoli człapię w głąb pomieszczenia i opadam ciężko na kanapę. Chłód cielęcej skóry dotykającej rozgrzanego ciała, tylko potęguje moje wrażenie - nie znoszę tego mieszkania. Wynajmujemy je z Peetą już pół roku, a ja ciągle mówię o tym miejscu tylko „mieszkanie”. Nigdy „dom”, zawsze „mieszkanie”. Nawet mama zwróciła już na to uwagę, pytając Peetę, czy źle się tu czuję. Sugerowała nawet, że może powinniśmy poszukać czegoś innego, jakiegoś miejsca, w którym poczujemy się dobrze. Tylko, że tu każde inne lokum będzie takie samo. Urządzone w wystawnym, kapitolińskim stylu… Wokół mnie wszystko wykonane jest ze szkła, metalu oraz delikatnych i drogich materiałów, wszystko w intensywnych, rażących kolorach. Sypialnia jest czarna (co za pomysł!), kuchnia – biała, a salon – czerwony. Ciężko jest gdzieś dłużej wysiedzieć, zawsze już po kilkunastu minutach wiercę się i szukam innego miejsca. Nawet łazienka nie daje odpoczynku dla oczu, mieniąc się intensywnym granatem hojnie zdobionym srebrem. Z kolei w kuchni oczy mnie bolą od odblasków – w białych blatach i drzwiczkach światło odbija się bardzo intensywnie. Nic nie jest przytulne, nic nie jest moje… To nasze służbowe mieszkanie od samego początku nie zrobiło na mnie, ani na Peecie dobrego wrażenia. Ale ma jedną, zaletę, którą trudno przecenić - znajduje się w małym, zaledwie kilkupiętrowym budynku, tuż za bramą Pałacu Prezydenckiego. Dzięki temu nasza droga do pracy zajmuje mniej niż kilka minut, będąc pewnym ułatwieniem w tej bardzo niewygodnej sytuacji, jaką jest mieszkanie w Kapitolu, którego żadne z nas nie lubi. Niemniej, ze względu na obowiązki, jakie zgodziliśmy się podjąć, nie mieliśmy wyjścia... Asystenci Pary Prezydenckiej – ciągłe podróże, uśmiechy do kamer… Taką rolę zaplanował dla nas Beetee. Mimo lekkiego ocieplenia wizerunku Johanny, nie należała do ulubienic ludzi w dystryktach, nawet we własnym. Z kolei Paul był kojarzony dotąd tylko jako „narzeczony Zwyciężczyni”, ew. „kuzyn Peety Mellarka”, więc jego pozycja, jako prezydenta, była bardzo słaba. Z tego względu musimy wspierać ich oboje nie tylko rzadkimi słowami, czy wystąpieniami, ale stałą obecnością. W ten sposób wzmacniamy ich pozycję, a równocześnie uspakajamy pojawiające się niepokoje. Czyli - tam gdzie są Paul i Johanna, tam i my – całą czwórką, lub (znacznie częściej) - ja z Johanną, a Peeta z Paulem. To trwa już pół roku... Widujemy się rzadko - Paul niemal za punkt honoru postawił sobie poprawienie nastrojów w dystryktach, dlatego obaj z Peetą są niemal ciągle w rozjazdach. Z kolei my z Johanną podróżujemy rzadko, a częściej - jak to mawia moja przyjaciółka - bywamy w mieście. Początkowo plan przygotowany przez Beetee’ego był inny - mieliśmy rzadziej odwiedzać dystrykty, korzystając więcej z transmisji telewizyjnych, ale szybko okazało się, że ludzie reagują zupełnie inaczej, gdy obaj kuzyni pojawiają się między nimi. Nagle problemy stają się mniejsze, a wspólne rozmowy prowadzą do akceptowalnych rozwiązań… Nowi burmistrzowie (powołani niemal we wszystkich dystryktach) też chyba znacznie bardziej starają się, gdy widzą, że prezydent spotyka się z nimi nie tylko na comiesięcznych zjazdach w stolicy, ale także co najmniej raz w miesiącu jest w każdym z dystryktów. I rozmawia bezpośrednio z ludźmi...

      W tej sytuacji na mnie i Jo spadło przekonywanie do zmian socjety Kapitolu, co jest bardzo trudnym zadaniem, bo wprowadzone prawa są Kapitolińczykom bardzo nie na rękę. Utrzymaliśmy, a później podwyższyliśmy płacę minimalną, obniżony został wiek emerytalny, a młodzież może pracę rozpocząć dopiero po przedstawieniu świadectwa ukończenia szkoły. Kapitol nie dostaje niczego darmo - musi zakupić owoce pracy ludzi z dystryktów. Ale zmiany dotknęły nie tylko Kapitolińczyków, ale także nas, Zwycięzców. W drugim tygodniu swojego urzędowania Paul podpisał uchwałę, która pozbawiła nas wypłat należnych nam za wygranie Igrzysk. Już nigdy żadne z nas nie dostanie za to pieniędzy. Paul początkowo wahał się czy ma prawo nam odbierać coś, co było rodzajem zabezpieczenia naszej przyszłości; wynagrodzenie, za które niemal każde z nas zapłaciło wysoką cenę. Jednak pod wspólnym naciskiem piątki Zwycięzców, którzy od ręki gotowi byli podpisać zrzeczenie się tych pieniędzy, ustąpił. Prawo nie ominęło nawet Annie, ale o jej i Nathaniela byt, a także setek innych sierot, zadbaliśmy w inny sposób. Zgodnie z pomysłem Paula, wszystkie dzieci, których rodzice polegli w czasie rewolucji i innych walk o wolność, a także w więzieniach Kapitolu za zachowania buntownicze, uzyskały prawo do renty. Dodatkowo renta została także zapewniona osobom, które działania poprzednich władz trwale pozbawiły zdrowia, uniemożliwiając pracę.

      Tak naprawdę nasza sytuacja nie zmieniła się drastycznie. Oboje z Peetą pełnimy określone role, jesteśmy w randze doradców prezydenta, przyjmując wynagrodzenie, które spokojnie wystarcza nam na znacznie więcej niż tylko bieżące potrzeby. Beetee otrzymał stanowisko, które pełnił już kiedyś w Kapitolu - jego rola polega na tworzeniu nowych praw, zbieraniu i analizie setek informacji, na wsparciu nas w grach politycznych. Dodatkowo ma stały dostęp do wyposażonego laboratorium, w którym, w wolnym czasie, pracuje nad swoimi wynalazkami. Annie, dzięki rencie, skupiła się na wychowaniu Nathaniela. Nadal mieszka w Czwórce, regularnie rozmawia z nami przez telefon, a kiedy mamy w planach jej dystrykt, zawsze staramy się spędzić u niej kilka dni, albo choć kilka godzin. Haymitch… Gdy poznał decyzję Paula co do swojej osoby, wpadł w szał, a my śmialiśmy się do rozpuku. Jednak z perspektywy czasu widzimy, że Paul wykazał się niesamowitą intuicją w tym zakresie – dziś nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł lepiej sprawdzić się w tej roli. Nawet mama, z reguły dość powściągliwa w tym zakresie, bardzo chwaliła jego osiągnięcia w Dwunastce. Uspokoił bardzo szybko buntownicze nastroje, odnowił budynek szkoły, zbudował na jej terenie obszerny plac zabaw dostępny dla wszystkich. Za jego decyzją powstał również nowy szpital, w którym dziś pracuje mama. Na ulicach nie widać chorych i umierających z głodu ludzi - ofiary wypadków górniczych mają do dyspozycji specjalny ośrodek, w którym mogą zamieszkać, jeśli sytuacja nie pozwala im się samym utrzymać. Przyznam, że nie wiem co wywołało takie zmiany w Haymitchu - może ślub z Effie (Peeta utrzymuje, że prawdopodobnie większość jego decyzji jest przez nią inspirowana), może syn, którego ma teraz na co dzień, a może córka, którą uwielbia równie bardzo jak Josha? Nie wiem i nie pytam - ale takiego Haymitcha bardzo lubię.

      Uśmiecham się na myśl o naszej ostatniej wizycie z Dwunastce. Wracałyśmy z Johanną z Trzynastki i jakoś tak wyszło, że postanowiłyśmy zajrzeć do mojej mamy, a także zobaczyć Elizabeth. Wcześniej nie miałam okazji zobaczyć na własne oczy malutkiej córeczki Haymitcha i Effie. Nie mogę narzekać na brak jej zdjęć, akurat o to Effie dba. Regularnie przesyła nam ujęcia zmian w wyglądzie Eli. Choć muszę przyznać, że są one chyba widoczne tylko dla niej...
      Poprosiłyśmy o przystanek w Dwunastce i szybkim krokiem udałyśmy się do nieodnowionego budynku Pałacu Sprawiedliwości (z daleka widać, że o ten jeden budynek burmistrz Abernathy dba najmniej). Na miejscu poprosiłyśmy grzecznie jego asystentkę - córkę jednego ze sklepikarzy w miasteczku - o spotkanie z burmistrzem. Rozpoznała nas od razu i bardzo ucieszyła się na nasz widok, ale od razu poinformowała, że zbliża się pora kąpieli i ona obawia się, że pan burmistrz nas nie przyjmie. Zniknęła w jego gabinecie, a krzyki, które po chwili zaczęły stamtąd dobiegać, potwierdziły wspomniane przypuszczenia. Wściekłość, jaka rysowała się na twarzy Haymitcha przez kilka sekund, gdy otworzył na oścież drzwi, dała nam jasno do zrozumienia, że jesteśmy nie w porę.
      - A to wy - powiedział już trochę ciszej. - Nie mówiłyście, że przyjeżdżacie. 
      - Bo tego nie planowałyśmy, chciałyśmy tylko zobaczyć Elizabeth – spokojnie odpowiedziała mu Johanna.
      Po tych słowach Haymitch momentalnie się rozpromienił, szerokim machnięciem ręki kazał nam iść za sobą. Zaskoczyło mnie to, że potrafi prowadzić samochód, ale  - choć z pewnymi obawami – wsiadłam, kątem oka widząc tylko, że i Johanna zastanawia się, czy to na pewno bezpieczne.

      Kiedy tylko przekroczyłyśmy próg domu w Wiosce Zwycięzców, momentalnie w jego objęciach znalazło się malutkie zawiniątko. Elizabeth cicho kwiliła, kiedy Haymitch gdzieś ją zabrał, a my wpadłyśmy w ramiona Effie.
      - Kąpie ją codziennie, potem przynosi mi do karmienia. A sam idzie odrabiać lekcje z Joshem. To cudowny ojciec – Effie uśmiechnęła się ciepło, patrząc za mężem. 
      Tamtego wieczoru zjadłyśmy kolację u Abernathych, noc spędziłyśmy u mojej mamy, a śniadanie było u rodziców Peety...

      Jedyną Zwyciężczynią, o którą się martwię, jest Enobaria. Od wybuchu zamieszek nikt nie wie co się z nią dzieje – nawet Beetee’emu nie udało się jej nigdzie namierzyć, co sprawia, że – choć z dużym oporem – zaczyna dopuszczać do siebie myśl, że może nie żyć, że nie miała tyle szczęścia co my…

      Przesuwam się delikatnie, wyciągając się na kanapie. Głowę opieram o podłokietnik. Dopiero teraz czuję jaka jestem zmęczona… Jeszcze tylko pięć dni, jeszcze tylko pięć dni - te słowa wypowiadałam dziś chyba z milion razy, w myślach i na głos. Strasznie mnie męczą te całe przygotowania - suknia, buty, dodatki, kwiaty, tort, menu, sala, garnitury, zaproszenia, lista gości - mam dość. Nie lubię ślubów, nigdy za nimi nie przepadałam, a teraz widzę, że ich organizacja to jakiś koszmar. Jestem tak zmęczona całodziennym bieganiem po sklepach, cukierniach, kwiaciarniach, że po prostu w momencie odpływam w sen.
       
      Jego usta delikatnie muskają moje ramię, czuję to przyjemne ciepło, które powoli rozchodzi się po moim ciele. Przechylam głowę, próbuję się w niego wtulić...
      Jest środek nocy, a w takich sytuacjach dzwoniący telefon nigdy nie oznacza niczego dobrego. Peeta jeszcze raz szybko muska moje ramię i podchodzi do aparatu. Już po chwili w jego głosie słyszę narastającą irytację. Odkłada słuchawkę, siarczyście klnie, czym wzbudza we mnie tym większy niepokój, walczący teraz o dominację ze snem i wchodzi do naszej sypialni.
      - Ubieraj się, jedziemy do Dwunastki.
      - Po co? - jestem zdezorientowana jego tonem, wciąż myśli plączą mi sen i zmęczenie.
      - Po księżniczkę - opowiada wściekły.
      - Skąd wiesz, że tam jest? - pytam zrzucając z siebie sukienkę, a zamiast tego wciągam spodnie i bluzę z długim rękawem.
      - A masz inny pomysł na to gdzie może być? Uciekła ze szkoły. Znowu. Ale wcześniej… - Peeta na moment zawiesza głos, lecz nie kończy zdania, bo telefon dzwoni ponownie.
      - Widzisz – mówię - pewnie się znalazła.
      Rose zamieszkała w Kapitolu, zapisaliśmy ją do szkoły z internatem na jego obrzeżach, aby dokończyła naukę. Ona chce zostać nauczycielką, a pieniądze jej brata pozwalają na to, by się edukowała. W świetle nocnej lampki widzę, że Peeta blednie rozmawiając z kimś. 
      - Co mama mówi? – zaskoczony wspiera się na krawędzi stolika. - Już jedziemy - odkłada z trzaskiem słuchawkę i spogląda na mnie szeroko otwartymi oczami. 
      - Ale afera - wyciąga w moją stronę dłoń, a następnie śpiesznie wychodzimy z mieszkania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „122. Zmiany, zmiany...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      anna.watza
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 czerwca 2014 15:39

Wyszukiwarka

Kategorie

Zakładki

Kanał informacyjny